poniedziałek, 30 czerwca 2014

4. To był największy błąd twojego życia...

Muzyka: klik

Razem z Hope stałyśmy przed klubem. Miałam serdecznie dość tego wieczoru. Zdjęłam niewygodnie buty i usiadłam na chodniku.
- Przepraszam, że cię tak wyciągnęłam. Nie myślałam co robię. Możesz wrócić się bawić. - powiedziałam do niej przerywając ciszę między nami. Hope natomiast usiadła obok mnie i objęła ramieniem.
- Hah, śmieszna jesteś! - zaśmiała się. - Nigdy bym cię nie zostawiła. Wracamy, moja ty całuśna?
- Tak, wracamy. - przytaknęłam cicho. Wstałyśmy i ruszyłyśmy przed siebie. Moje buty niosłam w rękach. Nie zniosłabym ani sekundy dłużej na tych cholernych obcasach.
- Hope, może zostaniesz u mnie na noc? - zapytałam po chwili.
- Świetny pomysł. Trochę mi się nie podobała mi się perspektywa samotnego wracania do domu w środku nocy. - zaśmiała się cicho, na co ja odpowiedziałam jej tym samym. Resztę drogi przeszłyśmy w ciszy. Na szczęście nie szłyśmy długo. Zaledwie 15 minut. Podeszłyśmy do drzwi frontowych. Wyjęłam klucz z torebki i cicho weszłyśmy do domu. Na palcach pobiegłyśmy do mojego pokoju. Hope poszła się szybko umyć, a ja przygotowałam łóżko do spania. Gdy przyjaciółka wyszła, ja zajęłam łazienkę. Zrzuciłam z siebie ciuchy i weszłam pod prysznic, odkręcając wodę. Umyłam się, a po wytarciu białym ręcznikiem, ubrałam piżamę składającą się jedynie z majtek i za dużej koszulki Nash'a albo Harry'ego. Sama nie pamiętam. Wykonałam inne "łazienkowe" czynności i opuściłam to zaparowane pomieszczenie.
- Co tam robisz Hoopie? - zapytałam przyjaciółkę leżącą na łóżku i zapewne esemesującą, o ile dobrze ją znam, a znam ją doskonale.
- Piszę do Dawida. Martwił się, że tak nagle zniknęłyśmy. - powiedziała przyjaciółka, odkładając telefon na szafkę nocną. Zgasiłam światło i położyłam się obok niej.
- Hah, a to on nie wie, że my jesteśmy już duże dziewczynki? - zaśmiałam się razem z Hope.
- Dobranoc młoda. - powiedziała przyjaciółka.
- Dobranoc stara. - odpowiedziałam jej kładąc nacisk na ostatnie słowo. Ułożyłam się wygodnie po czym zasnęłam. Rano obudziły mnie promienie słońca, które za wszelką cenę chciały wtargnąć do mojego pokoju. Podniosłam się do pozycji siedzącej i niemal natychmiast poczułam straszny ból głowy. Nienawidzę kaca. Powoli wstałam, a z szafki wyjęłam sprawdzone już tabletki. Połknęłam dwie, po czym położyłam również dwie na szafce obok Hope.
- Hope. - powiedziałam zachrypniętym głosem lekko szturchając przyjaciółkę w ramię. W odpowiedzi otrzymałam głuchy pomruk. Chwyciłam krawędź kołdry i jednym ruchem zabrałam ją przyjaciółce. Obudziła się od razu. Posłałam jej szybki uśmiech i chwytając czystą bieliznę, ruszyłam do łazienki. Ogarnęłam swój stan, nałożyłam białą bieliznę i wyszłam. Hope spała. Cholera. Podeszłam do szafy wyjęłam z niej czarne Vansy, krótkie jeansowe spodenki i kremowy sweterek. Rzęsy przeczesałam mascarą, a włosy związałam w luźnego, ale starannego koka. Chwyciłam szklankę wody, wzięłam łyka, a resztę wylałam prosto na twarz Hope. Krzyknęła, a potem niezadowolona wstała i poszła do łazienki. Spojrzałam na zegarek. Była 11:03, o cholercia. Przyjaciółka wyszła i ubrała się w swoje ciuchy, które kiedyś u mnie zostawiła. Chwyciłam kluczyki do mojego motocyklu i torbę ze spakowanymi rzeczami na trening. W pośpiechu złapałam jeszcze mój telefon i razem z Hope zeszłyśmy na dół. Weszłyśmy do kuchni, gdzie zastałyśmy mojego tatę i Harry'ego.
- Cześć. - powiedziałam szybko, po czym przystąpiłam do przygotowywania śniadania dla mnie i mojej Hoopie. Zrobiłam nam kanapki i położyłam talerze na stół. Zaczęłyśmy jeść, a wtedy tata poszedł prawdopodobnie do salonu.
- Tak w ogóle, to gdzie reszta? - zapytałam Harry'ego po chwili ciszy.
- Mama poszła do sklepu i zabrała ze sobą najmłodszą trójcę, a Nash siedzi u siebie. - odpowiedział po chwili. Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam i dokończyłam śniadanie. Była 11:35. Mamy jeszcze chwilę. Hope poszła na górę dokończyć makijaż i zabrać resztę swoich rzeczy z mojego pokoju. Ja zostałam w kuchni, razem z bratem. Nie odzywałam się do niego. Nie miałam mu kompletnie nic do powiedzenia. Siedzieliśmy w ciszy, przez góra minutę.
- Przepraszam Liv. Nie wiedziałem, że to wszystko tak bardzo cię martwi. - odezwał się Hazz po chwili. 1:0 dla Olivii. Przeniosłam na niego wzrok, a on kontynuował. - Nie chcę, żebyś była smutna przeze mnie.
- Harry do cholery jasnej, ty czegoś nie rozumiesz. Wyobraź sobie, że to ja wychodzę i nie wracam przez trzy dni, to ja nie odpowiadam na żadne pytania zbywając cię byle gównem. Wyobraź sobie, że to ja wiecznie chodzę posiniaczona i poraniona z niewiadomych powodów. Jakbyś się czuł? - powiedziałam patrząc prosto w jego zielone oczy.
- Nie potrafię sobie tego wyobrazić Liv. Chciałbym ci powiedzieć wszystko od początku do końca...
- Więc powiedz!
- Nie mogę...
- A to niby dlaczego? - zdenerwowałam się.
- Bo póki niczego nie wiesz, jesteś bezpieczna. - odpowiedział szybko Hazz. Spojrzałam na niego zrezygnowana.
- Nie mam już na ciebie siły Harry. - szepnęłam i wyszłam z kuchni. Brat wyszedł za mną i zatrzymał mnie.
- Proszę, nie bądź na mnie zła. Robię to dla twojego dobra.
- Ta, jasne. Dzięki. - odburknęłam i wyminęłam go. Hope wtedy zeszła i opuściłyśmy dom. Podeszłyśmy do mojego czarnego motocyklu i podałam przyjaciółce kask, a drugi założyłam sama. Wsiadłyśmy na moją bestię i ruszyłyśmy w stronę domu Hoopie. Zatrzymałam się pod niskim kremowym budynkiem, w którym mieszkała. Pobiegła szybko do domu, przebrała się i wzięła ze sobą torbę z ubraniami na trening. Wyszła z domu i prędko wsiadła z powrotem na motocykl. Z piskiem opon ruszyłyśmy prosto do Dance Club, gdzie mieściły się próby IaMmE Crew. Po 20 minutach, byłyśmy na miejscu. Była akurat 12:14, więc miałyśmy jeszcze trochę czasu. Weszłyśmy do budynku i po wejściu na drugie piętro, skierowałyśmy się prosto do damskiej szatni. Ubrałam moje ukochane czarne dresy z niskim krokiem i białą bluzkę na ramiączkach. Na wszelki wypadek bluzę zawiązałam sobie na biodrach, a na nogi założyłam niebieskie Converse. Weszłyśmy razem na naszą salę i zaraz na wejściu usłyszałyśmy krzyk.
- Dawid oddaj mi telefon! - wydzierała się Victoria. - Debilu jeden! - krzyczała goniąc go.
- W życiu ci go nie oddam, muszę najpierw przeczytać z kim piszesz Vic, a jak masz chłopaka, to nie daruję ci tego, że mi nie powiedziałaś. - odpowiedział jej. Przebiegał obok mnie i Hope, a my zatrzymałyśmy go. Szybko chwyciłam telefon Vicky i oddałam go jej.
- Jeny Chachi jak ja bardzo cię kocham. Uratowałaś mi życie.
- Wisisz mi przysługę. - zagroziłam jej palcem i usiadłam na wielkiej kanapie. Trzy ściany w naszej sali były praktycznie lustra, a na czwartej był wielki napis: "I.aM.mE Crew", obok były nasze podpisy i inne bazgroły. Pod właśnie tą bardzo kolorową ścianą, stała kanapa. Oprócz tego w kącie stała wieża stereo. Rzuciłam się na miękkie siedzenie czekając aż przyjdzie Brandon i zaczniemy trening.
- Jedziesz w tym roku na "Maliny", prawda? - zwrócił się do mnie Josh.
- Jasne, że tak. Jak mogłabym to przegapić? - zaśmiałam się. "Maliny" to obóz organizowany przez naszą szkołę. W sumie ma jakąś tam swoją normalną nazwę, jednak my, uczniowie ochrzciliśmy go "Maliny", z dwóch powodów. Po pierwsze codziennie na deser dostajemy maliny, a po drugie większość dziewczyn po tym obozie zostaje z malinkami na całym ciele. Wygląda to mniej więcej tak, że spotykamy się na peronie, pociągiem jedziemy gdzieś do małego miasteczka, zostajemy podzieleni na drużyny i każda drużyna ma swój domek. Przez pierwsze dni dostajemy jakieś zadania, które musimy wykonać. Tak na prawdę to nikt ich nie robi, a nasz opiekun Tevin już się z tym pogodził. Daje nam wolną rękę. Robimy imprezy, pijemy do rana, a dyrekcja myśli, że grzecznie wykonujemy polecenia Tevina. Niech tak zostanie. Zbliżała się 12:30, a Brandon się nie zjawiał. Byłam zdziwiona, że on może się spóźnić. Donny nigdy się nie spóźnia. Siedziałam gadając z Hope, Seleną i Victorią. Josh i Dawid biegali po sali goniąc się nawzajem.
- Ciekawe z kim będę w domku jak pojedziemy na "maliny". - powiedziałam zmieniając temat.
- To po części straszne, a po części ekscytujące. Możesz trafić na Will'a. - powiedziała Hope zabawnie ruszając brwiami wypowiadając imię chłopaka, za którym szaleję.
- Właśnie Liv, opowiadaj co się działo na tej imprezie. - odezwała się Selena.
- Hmm, nie dacie mi spokoju, nie? - zapytałam z nadzieją.
- Nie! - powiedziały chórem dziewczyny. Westchnęłam głęboko i zaczęłam mówić.
- Weszłyśmy z Hope na tą domówkę, pokręciłyśmy się trochę, wypiłyśmy sporo. Potem zaczęłam kręcić się obok Will'a, zaczęliśmy tańczyć, pocałowaliśmy się, potem w rozmowie dałam mu swój numer. Na końcu pojechał do domu, a ja Hope i małpy z buszu - wskazałam na Dawida i Josh'a. - poszliśmy do klubu. To wszystko.
- To wszystko? Ty mówisz to wszystko? Całowałaś się z jednym z największych ciach na świecie, a ty mówisz to wszystko?! - Vic podniosła głos.
- Nie wierzę, że się z nim całowałam. - powiedziałam sama do siebie z uśmiechem. Dziewczyny spojrzały na mnie i nie wiadomo czemu zaczęły piszczeć i mnie ściskać. Chwilę potem sama do nich dołączyłam. Byłam bardzo szczęśliwa. Nasze śmiechy przerwało trzaśnięcie drzwiami. Już myślałam, że to Brandon. Jednak się myliłam. I to bardzo. W moją stronę szła Britney Dziwka Star razem ze swoimi psiapsiółkami. Amanda, Alice i Cleo podążały za Britney jak pieski. Cztery fałszywe suki.
- Olivia, chodź tu na chwilę.
- Czego chcesz Star?! - podniosłam głos, wstając z kanapy. Podeszłam bliżej. Stała na wyciągnięcie mojej ręki.
- Masz nigdy więcej nie zbliżać się do William'a.
- A co, zabronisz mi?! - zaśmiałam się.
- On jest mój suko. Masz się od niego odpierdolić, bo cię szmato zniszczę. ON JEST MÓJ!
- Gówno mnie to obchodzi, wypierdalaj stąd, nie gadam z kimś, kto miał w gębie więcej penisów, niż ja frytek.
- Jeszcze tego pożałujesz kurwo! - krzyknęła.
- Wiesz co? Przypominasz mi wózek z Tesco, wystarczy moneta i pchasz ile chcesz. - zaczęłam się śmiać głośno, tak samo jak reszta ekipy przez całą naszą rozmowę.
- To był największy błąd twojego życia. Chyba nie chcesz by twój braciszek miał złamane serce? - zapytała wrednie. Lekko wyprowadziła mnie z równowagi. Hazz wie, że to dziwka, opowiadałam mu (bez szczegółów), jednak wiem, że Britney mu się podoba. Kilka razy mówił o niej jakby była jakimś pierdolonym ideałem. Nie widzi jej wad, a gdy mówię mu, że puszcza się z każdym, on twierdzi, że przesadzam. Zakochał się w niej. A dziwka Star chce go wykorzystać. Spojrzałam na nią gniewnie. Jednak nie zrobiłam nic więcej. Ona chce, żebym się wkurzyła. Odetchnęłam głęboko.
- Nie zdążyłabyś tego zrobić. Zabiłabym cię najboleśniejszym sposobem na świecie. I to nie jest żadna metafora. A teraz odwróć się, bierz swoją dziwkarską dupę i wypierdalaj! - podniosłam lekko głos.
- Oj, chyba mnie nie zrozumiałaś. Tak zniszczę twojego brata, że skończy jak Ben. Pamiętasz go jeszcze? Sądzę, że nie chcesz takiego zakończenia. - podniosła brwi i zachichotała. Krew w moich żyłach zaczęła wrzeć. Oddychałam coraz szybciej, a moje serce waliło jak oszalałe. Ben. Moje słoneczko, mój skarb. Wypowiedziała jego imię. Pożałuje tego dziwka jedna. Rzuciłam jej jedno ostrzegawcze spojrzenie. Zacisnęłam pięść.
- Olivia, uspokój się. - powiedział Dawid kładąc dłoń na moim ramieniu. Syknęłam, że ma się nie wtrącać. Dawid odszedł kawałek, a ja podeszłam bliżej do tej zakłamanej suki dającej dupy przy fermie ryżu. Spojrzała na mnie z triumfem. Łzy zbierały się w moich oczach i zaczęły wypływać. Nie wytrzymałam. Z całej siły uderzyłam ją pięścią w twarz, prawdopodobnie łamiąc jej nos...

niedziela, 22 czerwca 2014

3. Czas obudzić w sobie niegrzeczną dziewczynkę...

Muzyka: klik

- Czas obudzić w sobie niegrzeczną dziewczynkę. - szepnęłam sama do siebie. Szłam przed siebie starając się nie obudzić Jacoba i Gemmy, bo znając ich możliwości, to już śpią. Nash gdzieś wybył, tata w pracy, więc trzeba wyciągnąć od mamy trochę kasy. Pewnie się przyda. Znając życie jeszcze "zajrzymy" do jakiegoś klubu. Zeszłam na dół schodami i poszłam do ogrodu, gdzie nadal przebywała moja rodzicielka. 
- Hejka mamuś. - uśmiechnęłam się słodko, ale kobieta nie podniosła nawet głowy.
- Cześć kochanie - odpowiedziała chwilę potem podnosząc się i otrzepując ręce. - A ty gdzie się wybierasz?
- Idę na imprezę do Grace i mam pytanko. - posłałam jej ciepły uśmiech.
- Tak? - mama podniosła brew i skrzyżowała ręce na piersi. - Zapewne chcesz pieniądze, prawda?
- Mhm. - kiwnęłam twierdząco głową. Podniosła się, zdjęła rękawiczki i ruszyła w stronę domu. Weszłam za nią.
- Ile chcesz? - zapytała z uśmiechem trzymając w dłoni portfel.
- Może... 20 funtów? - spodziewałam się odmowy, ale mama bez żadnego słowa sprzeciwu podała mi banknot. Schowałam pieniądze do mojej torebki, ucałowałam moją rodzicielkę i powiedziałam, że prawdopodobnie nie wrócę na noc do domu. Pożegnałam się z mamą i ruszyłam w stronę wyjścia. Chciałam zostać niezauważona przez brata, wiec szybkim krokiem starałam się wyjść z domu. Byłam już prawie przy drzwiach, kiedy zatrzymał mnie głos Harry'ego.
- Olivia! Chodź na chwilę! - krzyknął. Szlag. Cofnęłam się, a kiedy pojawiłam się w polu widzenia brata i jego przyjaciół usłyszałam gwizd uznania. Przeklęty Tomlinson. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Nie wiem jak wam, ale mi aż gorąco się zrobiło. - powiedział Lou wachlując się dłonią.
- Zamknij się Louis! - warknął Hazz. - A ty gdzie się wybierasz? - identycznie jak mama. Mój brat posłał mi wściekły wzrok. Nienawidzi jak wychodzę na noc, a tym bardziej jak idę do klubu czy na domówkę.
- O jeny, Harry. - westchnęłam cicho. - Wychodzę, zostałam zaproszona na imprezę i mam zamiar na niej być.
- Gdzie będzie ta impreza? - zapytał krótko.
- Sama nie wiem, ale nawet gdybym wiedziała to bym ci nie powiedziała. Hazz ja nie mam pięciu lat. Przestań mnie traktować jak dziecko. - zdenerwowałam się.
- Nie wiesz gdzie? To jak chcesz tam dojechać?
- Jadę z Hope.
- Jak wrócisz do domu, skoro nie wiesz gdzie jedziesz? - on nigdy nie odpuści. Wypuściłam cicho powietrze ustami. On był taki odkąd pamiętam. Zawsze mnie pilnował, zawsze uważał, żeby nic mi się nie stało. Często się kłóciliśmy i kłócimy do teraz, ale zawsze się godziliśmy po najwyżej kilku godzinach. Hazz jest dla mnie jak najlepszy przyjaciel. Jeszcze do niedawna mówiliśmy sobie wszystko, nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Niestety te czasy minęły. Harry zaczął coś ukrywać, coś z czym ma problem. Kilka razy starałam się mu pomóc w jakikolwiek sposób, jednak potem się poddałam, to nie miało sensu. Spojrzałam na niego dość smutnym wzrokiem przez wspomnienia z dawnych czasów.
- Harry... - zaczęłam jednak brat mi przerwał.
- Kto będzie na tej imprezie? - dopytywał się.
- Harry przymknij się w końcu! - krzyknęłam. - Myślisz, że będę ci mówiła o wszystkim? O nie, jeśli ty nie potrafisz ze mną porozmawiać i powiedzieć co się dzieje, to nie licz na to, że ja tobie cokolwiek powiem. Nawet nie wiesz jak mnie to boli. Ciągle myślę co ci zrobiłam skoro nawet nie potrafisz być ze mną szczery! - wykrzyczałam wkurwiona na maksa.
- Czyli tym, że przestaniesz ze mną rozmawiać, chcesz mnie zmu... - zaczął, ale przerwałam mu.
- Nie, nie chcę do niczego cię zmuszać. Chcę ci pokazać jak bardzo mi jest przykro i jak cholernie źle czuję się z tym, że nie chcesz mi powiedzieć czegoś, co zdecydowanie cię martwi. Chciałam ci pomóc, ale widzę, że masz to gdzieś. Teraz pozwól, będę miała w dupie to co teraz czujesz, myślisz i wyjdę. Tak jak ty wielokrotnie. Nie wiem kiedy wrócę. - dodałam na odchodne zostawiając zdziwionego Harry'ego w salonie. Przekroczyłam próg i usiadłam na ławeczce przed domem. Byłam cała roztrzęsiona i wściekła. Trzęsącymi się dłońmi wyjęłam z torebki papierosa i spokojnie zapaliłam. Poczułam się lepiej gdy mój organizm poczuł ten przyjemny smak. Kilka minut później podjechał czarny kabriolet Hope. Zgasiłam papierosa butem. Za kierownicą siedziała przyjaciółka, a na tylnych siedzeniach siedzieli Josh i Dawid. Posłałam im ciepły uśmiech. Wsiadłam z przodu, a Hope ruszyła.
- Dwie sukienki jednego dnia? Wow, to rekord! - zaśmiał się Josh.
- Haha bardzo śmieszne Murray! - syknęłam na niego.
- Widzę, ze ktoś nie w humorze. - odezwała się Hope. Akurat zatrzymało ją czerwone światło na skrzyżowaniu. Chwyciła szybko torebkę i podała mi coś. Za bardzo nie zwracałam na to uwagi.
- Zapal, dobrze ci zrobi. - posłała mi szeroki uśmiech. Dopiero wtedy zorientowałam się, że trzymam w dłoni jointa. Bez zastanowienia wyjęłam zapalniczkę i zapaliłam. Po kilku sekundach byłam w 100% odprężona.
- Tego mi było trzeba! - krzyknęłam wychylając się z samochodu. Krzyczałam do przypadkowych ludzi, czułam się po prostu wolna. Nikt mi niczego nie mógł zabronić. Po 15 minutach jazdy znaleźliśmy się pod domem niejakiej Grace Millington. O ile dobrze pamiętam. Wyszliśmy z samochodu, w którym zostawiłam swoją kurtkę i spokojnym krokiem podeszliśmy do drzwi. Impreza trwała w najlepsze. Weszliśmy zupełnie swobodnie, tak jak mieliśmy w zwyczaju. Uderzył nas zapach alkoholu i papierosów.
- Ciekawie się zapowiada. - powiedziałam do Hope starając się przekrzyczeć muzykę, która leciała z ogromnych głośników w salonie.
- No. - odpowiedziała mi przyjaciółka. Josh i Dawid gdzieś zniknęli, więc razem z Hope podeszłyśmy do małego barku.
- Musimy się trochę rozluźnić. - odezwała się Hope.
- Masz rację. - zaśmiałam się i zaczęłam pić drinka zamówionego przed przyjaciółkę. Gdy wlałyśmy w siebie już nie małą ilość alkoholu, poszłyśmy na parkiet.
- Tam na kanapie siedzi Will. Chyba jest znudzony. Pokręć się przy nim. - rzuciła mi na ucho przyjaciółka.
- No nie wiem. - zaczęłam się zastanawiać.
- Ej, Chachi, co w ciebie wstąpiło?! Bierz go tygrysko, nie patrz na te inne szmaty. Leć do niego! - krzyknęła przyjaciółka i klepnęła mnie w tyłek. Zaśmiałam się i zaczęłam wcielać swój plan w życie. Chociaż będzie ciężko, w końcu to sam Will Parker. Należy do szkolnej elity sportowców. Ma idealne ciało, które widziałam niejednokrotnie podczas treningu. Jego uśmiech sprawia, że się roztapiam, a w oczy nie umiałabym patrzeć, bez oblewania się rumieńcem. Muszę chociaż z nim zatańczyć. Muszę. Ustawiłam się w takim miejscu, aby być dla niego widoczna i zaczęłam tańczyć. Potem dołączyła do mnie jeszcze Hope. Tańczyłyśmy, a ja starałam się wyglądać jak najseksowniej, a obserwując to jak inni chłopacy patrzyli się na mnie, wręcz rozbierając mnie wzrokiem, mogę stwierdzić, że wyglądałam w miarę znośnie. Jakiś czas później poczułam silne ręce na moich biodrach. Od razu odwróciłam się, chcąc zobaczyć kto mnie zaszczycił, a wtedy odjęło mi mowę. To jednak działa. Przede mną stał William James Parker.
- Zatańczysz? - szepnął mi do ucha, na co moje ciało przeszły ciarki. Matko, jak on na mnie działa.
- Z miłą chęcią. - odpowiedziałam. Nasze ciała ocierały się o siebie w dość erotyczny sposób. Podobało mi się to. Hope gdzieś zniknęła, ale niezbyt się tym przejęłam. Właśnie tańczyłam z Will'em. To zbyt piękne, by było prawdziwe. Przetańczyliśmy razem naprawdę dużo piosenek. Wtedy nadeszła pora na wolny kawałek. Objęłam jego szyję, a on mnie w talii. Patrzyłam w jego oczy, nie mogąc się od nich uwolnić. Will delikatnie przyciągnął moje ciało bliżej niego. Wtedy poczułam, że coś między nami iskrzy, a ja nawet gdybym nie była pijana, nie zatrzymałabym tego wszystkiego. Byliśmy coraz bliżej siebie, aż w końcu coś pękło. Will nachylił się do mnie delikatnie i zaczął muskać moje wargi swoimi. Odpowiedziałam mu tym samym. Dasz pocałunek zaczął się delikatnie i niewinnie, potem nie miał nic wspólnego z niewinnością. Byliśmy dzicy. Przekręciłam lekko głową, aby móc jeszcze bardziej się w niego wtopić. Nasze języki toczyły walkę, której już nigdy nie chciałam przerywać. Wplotłam palce w jego idealne kasztanowe włosy, na co mruknął cicho wywołując wibracje na moich ustach. Całowaliśmy się, aż zabrakło nam tchu. Potem z żalem rozłączyliśmy nasze usta.
- Od dawna mi się podobasz, wiesz? - szepnął mi do ucha i wziął w palce kosmyk moich włosów zakładając je ze ucho.
- Hah, to dziwny zbieg okoliczności, bo ty mi też. - uśmiechnęłam się. Will odpowiedział mi tym samym.
- Musimy się spotkać, zaraz po tym jak wytrzeźwiejemy. - zaśmiał się.
- Masz rację, musimy się spotkać. - rozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym Will oznajmił, że musi już wracać do domu. Pożegnałam się z nim i ruszyłam na poszukiwanie przyjaciół. Szybko odnalazłam Hope przy barze.
- Hej, Hoopie! - zawołałam.
- Hej lwico, widziałam całą akcję z Will'em. On na ciebie leci. Wyglądał jakby miał cię zaraz rozebrać i pieprzeć na podłodze do białego rana. - zaśmiała się głośno, a ja zrobiłam to samo. - Ej, idźmy gdzieś do klubu. Tu się zrobiło nudno.
- Ok, poszukam Josh'a i Dawida. Może pójdą z nami. - oznajmiłam i poszłam w głąb domu szukając gdzieś tych debili. Po 10 minutach poszukiwań, znalazłam ich. Od razu zgodzili się na klub. Hope zostawiła samochód pod domem Grace, a sami, w czwórkę przeszliśmy się do pobliskiego klubu "Random". Weszliśmy bez kolejki dając ochroniarzowi łapówkę. Od razu powitał nas zapach alkoholu. Dawid i Josh znowu gdzieś zniknęli, a ja znowu poszłam do baru.
- Dzisiaj się tak upiję, że będę nawalona przez następne trzy dni! - krzyknęłam i chwyciłam butelkę czystej. Przyłożyłam butelkę do ust, a gdy w przełyku poczułam przyjemne pieczenie, uśmiechnęłam się. Już prawie opróżniłam butelkę, gdy nagle kątem oka zobaczyłam Harry'ego. Siedział z przyjaciółmi na wielkiej czarnej kanapie popijając alkohol co jakiś czas. Jeszcze mnie nie zauważyli. Trudno, nie zmarnuję sobie przez nich wieczoru. Wraz z kolejnymi łykami, czułam rosnącą pewność siebie. Wskoczyłam na bar, tańcząc na nim razem z Hope. Lałyśmy sobie nawzajem alkohol do ust. Piłam, piłam, piłam. Bez opamiętania. Zaczęło mi się kręcić w głowie, ale nie przestawałam tańczyć. Chwilę potem poczułam jak ktoś bierze mnie na ręce. Gdy wyostrzył mi się wzrok i zobaczyłam, ze to mój brat, od razu zaczęłam sie wyrywać, tak długo, dopóki mnie nie postawił na ziemi.
- Zostaw mnie w spokoju! - krzyknęłam na niego.
- Słuchaj, to co powiedziałaś w domu... - próbował mówić, ale ja nie chciałam słuchać. Przerwałam mu.
- Było w 100% prawdą! Tak myślę i nie rozumiem, co takiego ci zrobiłam, że tak mnie traktujesz! Teraz pozwól, że pójdę sobie w świat, bez ciebie! - nałożyłam nacisk na dwa ostatnie słowa, kierując się do wyjścia. W sumie to nie byłam do końca pewna czy cokolwiek do niego powiedziałam. Świat wirował, a ja byłam zbyt pijana. Podbiegłam do Hope i zaczęłam ciągnąc ją w stronę drzwi.
- Nigdzie nie idziesz! - krzyknął Hazz zatrzymując mnie.
- Spierdalaj! - odkrzyknęłam mu pełna złości. Wyszłam z przyjaciółką na świeże powietrze. Odetchnęłam głęboko. Kolejny raz mój brat zniszczył mi wieczór. Zaczynam mieć tego dość...

2. Chce wojny, to będzie ją miał...

Muzyka: klik

Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu. Matko jak on mnie wkurwia. Jak on się z kimś pobije to mówi, że mam się nie wtrącać w jego życie, a jakbym ja przyszła z podbitym okiem to by była awantura na cały świat. Gdy wjechaliśmy do garażu, od razu chwytając torbę, wyszłam z pojazdu trzaskając nonszalancko drzwiami. Chce wojny, to będzie ją miał. Weszłam do domu.
- Cześć mamo! - krzyknęłam na wejściu. Nie czekając na odpowiedź wbiegłam na górę, rzuciłam torbę i szybko przebrałam się w krótkie jeansowe spodenki i białą bokserkę, w której przyznaję, mój pokaźnej wielkości biust wydawał się jeszcze większy. Narzuciłam na siebie jeszcze lekką, czarno-białą koszulę. Zbiegając na dół zobaczyłam, że Hazz dopiero wszedł do domu. Zawsze przed kolejną trudną rozmową siedzi dłużej w samochodzie. Jakby się przygotowywał. Stał na przeciwko mnie, a jego złość wyparowała. Spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem i w tamtym momencie to moja złość zniknęła. Wtedy weszła mama. Spojrzała na Harry'ego i pobladła.
- Harry do jasnej cholery! Co ty znowu zrobiłeś?! Nie możesz sobie odpuścić? Zawsze! - krzyczała mama. Ona bardzo rzadko się denerwuje, ale jak już się zdenerwuje to porządnie. - Zawsze musisz kogoś pobić prawda?! Dlaczego...
- Mamo, to ja mu zrobiłam. - powiedziałam przerywając krzyki mamy. - Wkurzyłam się i go walnęłam. Z nikim się nie pobił.
- Liv, na prawdę? - zapytała mama spokojniejszym głosem.
- Tak to prawda, nie musisz się denerwować. - uśmiechnęłam się słabo. Harry stał i gapił się na mnie jakby zapomniał języka w gębie. Mama westchnęła i kręcąc głową, wróciła do kuchni i dalej zajęła się przygotowywaniem obiadu. Bez słowa poszłam do salonu, zostawiając zmieszanego Harry'ego i włączyłam telewizor. Rozłożyłam się na kanapie i wlepiłam wzrok w telewizję, której wcale nie oglądałam. Myślami byłam gdzie indziej. Hazz wszedł do pokoju i usiadł obok mnie.
- Czemu skłamałaś? - zapytał przerywając ciszę panującą między nami. Nie odpowiedziałam mu, nawet na niego nie spojrzałam.
- Przecież byłem dla ciebie taki obojętny, nawet wredny. Czemu kryjesz mi dupę? - zapytał, ciągnąc monolog w taki sposób, żeby mama nie usłyszała.
- Jesteś moim bratem, jesteśmy rodziną. Musimy trzymać się razem. - uśmiechnęłam się słabo przenosząc na niego wzrok. Harry natomiast mocno mnie przytulił.
- Jesteś najlepszą siostrą na świecie. - powiedział cicho. Uśmiechnęłam się wtulając się w brata. Cały czas zastanawiałam się w co on się tym razem wpakował. Szczerze mówiąc martwię się o niego. I to jak cholera. Jakiś czas siedziałam w salonie, a potem poszłam na górę. Chwyciłam mój telefon i zeszłam z powrotem, bo mama zawołała wszystkich na obiad. Tata wrócił z pracy, ucałowałam co w policzek i usiadłam do stołu. Dziś na obiad mama zrobiła lasagne. Dziś wspólne jedzenie na szczęście nie zakończyło się wielką kłótnią. Po zjedzonym posiłku pobiegłam do swojego pokoju i przebrałam się w dość skąpy strój kąpielowy. Zeszłam na dół i wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Wpuściłam Hope, Dawida i Josh'a. Czyli wszyscy są. Usadowiliśmy się przy basenie, na razie nie wchodząc do wody. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Pobiegłam na chwilę do kuchni, żeby przynieść coś do picia. Gdy wlewałam napój do szklanek usłyszałam fragment rozmowy Harry'ego i mamy.
- Nigdzie nie pojedziesz Harry! Muszę najpierw poznać twoich przyjaciół, z którymi chcesz pojechać!
- No dobra, niech ci będzie. Przyjdą, no nie wiem, może na 16?
- No dobrze, niech przyjadą. - odpowiedziała krótko mama i odeszła. Ja natomiast zwróciłam się do Harry'ego.
- Łał, czuję się zaszczycona. Wreszcie poznam twoich znajomych. - zaśmiałam się.
- Mnie nie jest do śmiechu. - odburknął.
- Jeny, jaki gbur.
- Po prostu nie podoba mi się to, że ich poznasz. To nie jest towarzystwo dla ciebie. - westchnął Hazz.
- Bo ty zawsze wiesz co dla mnie najlepsze. - prychnęłam i wyszłam z domu. Podałam przyjaciołom picie, a nasza rozmowa trwała nadal. Nie było bardzo gorąco, więc pomimo tego, że reszta się kąpała w naszym wielkim basenie za domem, ja chciałam zostać sucha. Niestety z Josh'em to było tak trochę niemożliwe. Chwycił wąż ogrodowy, który bezwładnie leżał na zadbanej zielonej trawie. Moja chęć nie moczenia się, pękła jak bańka mydlana, bo mój kochany przyjaciel <czujecie ten sarkazm?> zaczął mnie gonić oblewając mnie wodą z węża. Strumień był mocny i zimny. Każdy kontakt wody z moją skórą kończył się krzykiem. Gdy Josh się zmęczył i wskoczył do basenu, a wbiegłam na chwilę do domu. Musiałam odetchnąć. Wtedy jak na zawołanie zadzwonił dzwonek do drzwi. Podeszłam do nich i bez wahania złapałam za klamkę. Za drzwiami zostałam czterech wytatuowanych chłopaków. A no tak. Przyjaciele Harry'ego mieli przyjść. Na mój widok zdziwili się. Louis, którego zdążyłam już wcześniej poznać uśmiechnął się do mnie i przejechał językiem po swoich idealnych wargach. Zaraz, co?! Stop Olivia, nie myśl tak o nim. Uśmiechnęłam się delikatnie do Tomlinsona.
- Cześć Louis. - powiedziałam, po czym odwróciłam głowę w stronę schodów. - Harry!
- Czego chcesz? - usłyszałam stłumiony krzyk brata.
- Chodź tu!
- Po co?! - czy on nigdy nie daje za wygraną?
- No do cholery, twoi przyjaciele przyszli! - krzyknęłam trochę wkurzona. Wpuściłam chłopaków do środka. Przez chwilę zastanawiałam się czemu nie spuszczają ze mnie wzroku. Potem przypomniałam sobie, że mam na sobie strój kąpielowy i do tego jestem cała mokra. Kilka sekund później Hazz zbiegł ze schodów.
- Cześć. - powiedział Hazz na powitanie, a ja już chciałam się oddalić, jednak brat mnie zatrzymał.
- Chciałaś ich poznać, więc proszę. - szepnął mi do ucha. - To moja siostra Olivia. Olivia to Niall, Liam, Zayn i Louis. - pokazywał kolejno na chłopaków.
- Hej. - powiedziałam z uśmiechem w stronę chłopaków. Przywitaliśmy się, a potem wróciłam do ogrodu, do moich przyjaciół. Jednak ku mojemu zaskoczeniu była tylko Hope.
- Gdzie reszta? - zapytałam zdziwiona.
- Josh musiał szybko jechać do domu, nie mówił dlaczego, a Dawid pojechał z nim. - oznajmiła spokojnie przyjaciółka wstając z miejsca. - Ja też już zacznę się zbierać. Brandon kazał przekazać, że jutro trening jest od 12.30 do 14:30. A właśnie i wyciągam cię po treningu na zakupy. Pojedziemy coś zjeść i poszalejemy po sklepach.
- No dobra, to do zobaczenia jutro mój kochany ziemniaczku. - powiedziałam ze śmiechem i przytuliłam przyjaciółkę na pożegnanie. Odprowadziłam ją do drzwi, a potem pobiegłam na górę. Włosy związałam w luźnego koka, ubrałam krótkie spodenki, które miałam już wcześniej, oraz szary sweterek. Zeszłam do salonu i siedząc na kanapie szukałam jakiegoś interesującego programu. Niestety niczego takiego nie znalazłam, więc przełączyłam na jakiś kanał muzyczny. Mama krzątała się w ogrodzie, pielęgnując kwiaty, które niedawno zasadziła. Tata pojechał na nocną zmianę do pracy, czasem myślę, że za bardzo się przepracowuje. Tom, Gemma i Jacob pewnie bawią się na górze. Nash zapewne gdzieś poszedł, nie wiadomo gdzie. Hazz z przyjaciółmi zniknął, a ja siedziałam sama jak palec i strasznie mi się nudziło. Jestem osobą, która potrzebuje ludzi. Odetchnęłam z ulgą gdy do pokoju wparował Harry z resztą gangu. Brat ułożył się na jednym fotelu, a Niall na drugim. Po mojej lewej usiadł Tommo <kurde, zdążyłam już mu wymyślić ksywkę, co się ze mną dzieje?>, po prawej usiadł Liam. Zayn usadowił się obok Louisa, który objął mnie ramieniem.
- Łapy przy sobie Tomlinson. - Hazz posłał mu groźne spojrzenie, na co Lou zaśmiał się cicho i zabrał swoją rękę.
- Wiesz co Liv, jesteś straszną szczęściarą. - powiedział Louis odwracając się w moją stronę. Spojrzałam w jego piękne oczy i starałam się w miarę równo oddychać. Na szczęście nie było widać, jak bardzo jego uśmiech mnie rozbrajał.
- Doprawdy? - zapytałam ze śmiechem.
- Tak, nawet nie wiesz jak wielką.
- To oświeć mnie mędrcze. - powiedziałam, na co reszta zaczęła cicho się śmiać.
- Mnóstwo dziewczyn cholernie chciałoby być teraz na twoim miejscu. Siedzieć tak obok mnie, największego ideału chodzącego po tym świecie. - powiedział dumnie wypierając pierś. - To wielki zaszczyt.
- Oj Louis nie podniecaj się tak, bo majtek nie dopierzesz. - powiedziałam kręcąc głową. Reszta zareagowałam wybuchem niepohamowanego śmiechu. Sama nie mogła się powstrzymać i sama dołączyłam do pieśni różnych śmiechów. Nawet Lou się śmiał. Chwilę potem się uspokoiliśmy, a ja poczułam ból mięśni brzucha od nadmiaru śmiechu. Siedzieliśmy razem do około 19. Cały czas towarzyszył nam śmiech. Nabijaliśmy ze wszystkiego. Wtedy uświadomiłam sobie, że oni są w miarę w porządku. No może Zayn... On był najbardziej naburmuszony i w ogóle niczego nie mówił. Widać było, że nie cieszyło go moje towarzystwo. Ze wzajemnością. Podczas chwili ciszy między nami, poczułam wibracje w kieszeni spodenek. Przeprosiłam na chwilę i wyszłam do kuchni. Spojrzałam na wyświetlacz. Hope dzwoniła. Jednym ruchem odebrałam.
"- Hej Hope. - powiedziałam na przywitanie. - Co jest?
- Cześć Liv, co powiesz na imprezę? - zapytała podekscytowana.
- No nie wiem... - przeciągnęłam.
- Organizuje ją jakaś laska, bodajże Grace? Tak, to Grace. Jest naszą rówieśniczką, ale nie jest w żadnej elicie. Organizuje imprezę na powitanie wakacji. Zaprosiła nas wszystkich, jednak Fiz, Sel i Vic nie mogą. Mówiła, ze to jej pierwsza impreza i byłaby mega szczęśliwa gdybyśmy przyszli.Jadę ja, Dawid i Josh.
- Czemu mam chcieć jechać na imprezę dziewczyny, której nie znam?
- William tam będzie... - powiedziała śpiewnym głosem do słuchawki. William Parker. Chłopak, sportowiec, który mi się podoba. Ba! Podoba to mało powiedziane, szaleję na jego punkcie.
- Przyjedź po mnie, ok? - zapytałam po chwili ciszy.
- Zuch dziewczynka, będę za godzinę.
- Ok, pa. - pożegnałam się i rozłączyłam."
Poszłam na chwilę do salonu, powiedziałam chłopakom, że idę na górę, po czym pobiegłam do swojego pokoju. Poszłam do łazienki, która znajduje się w moim pokoju i wzięłam szybki prysznic. Założyłam czystą bieliznę i podeszłam do szafy. Ubrałam na siebie obcisłą, czerwoną sukienkę bez ramiączek, sięgającą mi do połowy ud. Podeszłam do dużego lustra w moim pokoju. Wyglądałam nieźle. Teraz pora zająć się resztą. Włosy wysuszyłam i zostawiłam delikatnie opadające na moje ramiona. Potem narysowałam wyraźne kreski na oczach, pomalowałam rzęsy, a na usta nałożyłam błyszczyk. Tym razem odbicie w lustrze podobało mi się bardziej. Wyglądałam zniewalająco. Ah ta skromność. Założyłam jeszcze cudowne, czarne buty na niewysokiej koturnie, chwyciłam moją torebkę i czarną, delikatną ramoneskę. Wyszłam z pokoju.
- Czas obudzić w sobie niegrzeczną dziewczynkę. - szepnęłam sama do siebie. 

1. Jeździsz jakbyś miał żółte papiery!

Muzyka: klik

Obudził mnie dźwięk mojego budzika. Dźwięk, który sprawiał, że zbierało mi się na wymioty. Nienawidzę poniedziałków. Przetarłam oczy i przeciągnęłam swoje zdrętwiałe ciało. Wyłączyłam budzik i podniosłam się do pozycji siedzącej. 5:30 rano. Czerwiec. Za oknem śpiewają ptaki, słońce świeci, a ja muszę iść do szkoły. Po prostu cudownie. W sumie zdziwiłam się, bo w Londynie rzadko jest tak ładna pogoda. Wstałam i ziewając spojrzałam na kalendarz, który wisiał obok mojego łóżka. Dziś 28 czerwca.
- O matko. - szepnęłam sama do siebie. Kompletnie zapomniałam, że dziś zakończenie roku. Ostatni dzień 1 klasy! Tak przy okazji, chodzę do Wolfprank High School. Tak samo jak Harry i kiedyś Nash. Dziś właśnie kończę 1 rok nauki w tej dziwnej szkole. Hazz kończy 2 klasę. W naszej szkole są 4 klasy, w sensie, że 4 poziomy nauki. No do Wolfprank chodzi się 4 lata! O to mi chodziło. Chyba rozumiecie. Opamiętałam się i podskakując radośnie wciągnęłam na siebie stare dresy, białą koszulkę, znoszone trampki i zbiegłam na dół. W domu było strasznie cicho. No tak, przecież wstaję pierwsza. Ze względu na to, że dbam o swoją kondycję, codziennie rano biegam razem z moim kochanym psiakiem. Chwyciłam butelkę wody i podeszłam do drzwi.
- Szatan! - zawołałam zwierzaka i gwizdnęłam cicho. Czarny owczarek podbiegł do mnie i merdając ogonem chwycił w pysk smycz, żebym go zapięła. Tak też zrobiłam i obwiązując smycz wokół talii wybiegłam z  domu. Mój czarny przyjaciel wiernie dotrzymywał mi kroku. Jak zawsze przebiegłam się po okolicy i zawitałam w pobliskim lesie. Rutyna. Punktualnie o 6:15 byłam z powrotem w domu. Zdjęłam buty i pobiegłam do mojego pokoju. Chwyciłam czystą bieliznę i zrzuciwszy swoje ciuchy w łazience, wskoczyłam pod prysznic. Wykonałam również inne czynności porannej toalety. Na samym końcu ubrałam bieliznę i wyszłam z łazienki, żeby poszukać jakiś ubrań na dziś. Ech, zakończenie roku, trzeba się ubrać na galowo. Kurwa. W naszej szkole, w przypadku dziewczyn oczywiście galowe = spódniczka bądź sukienka. O spodniach można pomarzyć. Szlag. Ubrałam się w czarno-białą sukienkę, a w mojej torbie znalazły się najpotrzebniejsze rzeczy, między innymi pieniądze, klucze, paczka oreo o smaku arbuzowym, moja pomadka o smaku Coca-Coli, paczka Marlboro i butelka wody. Telefon włożyłam do kieszeni w mojej sukience. Na nogi założyłam Vans'y i byłam gotowa. Moje długie blond włosy zostawiłam w naturalnym nieładzie, a rzęsy przeczesałam maskarą. Spojrzałam na zegarek, była 7:03. O 7:45 przyjeżdża po mnie moja najlepsza przyjaciółka Hope, muszę się sprężyć. Schodząc na dół usłyszałam śmiechy dochodzące z kuchni. Czyli reszta domu wstała. W kuchni zastałam całą rodzinę. Mama kończyła przygotowywać kanapki, tata czytał gazetę, moje młodsze rodzeństwo, Tom, Gemma i Jacob wygłupiali się, a moi starsi bracia Nash i Harry rozmawiali. Weszłam do pomieszczenia i położyłam torbę w kącie.
- Dzień dobry wszystkim. - oznajmiłam chwytając kanapkę z talerza mojego kochanego braciszka Nash'a.
- Taa... byłby dobry gdyby ktoś nie ukradł mi kanapki! - krzyknął brat.
- Nie krzycz Nash, a poza tym ładnie ci w sukience kochanie. - odezwała się moja mama. Zaczęłam się śmiać i zajęłam moje miejsce przy stole obok Harry'ego i Gemmy. Wszyscy spokojnie jedli śniadanie, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Nash zerwał się na równe nogi i wykrzykując jakieś pospieszne '' Ja spadam'', wybiegł z domu. Nie przejęłam się tym zbytnio. Dalej delektowałam się posiłkiem. Gdy wszyscy skończyli jeść wybiła 7:30. Zebrałam talerze ze stołu i włożyłam je do zmywarki. Czekając na Hope, pobiłam swój rekord w Flappy bird. Yeah. Gdy na zegarku pojawiła się długo wyczekiwana godzina, chwyciłam torbę i żegnając się z rodziną wyszłam przed dom. Hazz lubił nazywać nasz dom ''luksusowym pałacem'' albo ''rezydencją''. W sumie te określenia są bardzo trafne. Co tu kryć, jesteśmy bogaci, a nasz dom i majątek odziedziczyliśmy w spadku po cioci Mary. Wcześniej mieszkaliśmy w małym mieszkanku na poddaszu. Spora zmiana. Dzięki niej nasze życie stało się lepsze. Rodzice co prawda nie muszą pracować, jednak oni po prostu lubią coś robić. Nie mogliby siedzieć i nic. Na naszym okrągłym podjeździe, przed naszym domem stało auto Hope.
- Jak zawsze punktualna. - zawołałam do przyjaciółki czekającej w samochodzie.
- Ty też. - zaśmiała się Hope. - Świetnie wyglądasz w tej SUKIENCE.
- Oj weź siedź cicho. - warknęłam i usiadłam na przednim siedzeniu.
- Jak zwykle milutka. Hah. A właśnie po drodze podjedziemy jeszcze po Dawida ok? Prosił mnie o podwózkę.
- Nie no spoko, nie wiem po co się pytasz. - zaśmiałam się, a Hope ruszyła. Po drodze zatrzymałyśmy się pod Starbucks'em. Podeszłyśmy do kasy.
- Co podać pięknym paniom? - odezwał się przystojny brunet zza lady.
- Dla mnie duża Mrożona Caffe Latte z łyżeczką brązowego cukru, a dla ciebie Hope? - odezwałam się pierwsza zerkając na przyjaciółkę, która aż prawie śliniła się na widok chłopaka za ladą. - Hope. - szturchnęłam ją łokciem. - Hope! Przestań się ślinić, tylko mów co chcesz!
- Emm, dużą Mrożoną Caramel Macchiato poproszę. - wreszcie się ocknęła, a jej poliki oblały rumieńce. Mike, tak wyczytałam z plakietki, zaśmiał się cicho.
- Więc tak, Mrożona Caramel Macchiato dla Hope i Mrożona Caffe Latte z brązowym cukrem dla...
- Chachi. - odezwałam się pośpiesznie kończąc zdanie. Przyzwyczaiłam się do mojego przezwiska, używałam go jak imienia.
- Rozumiem, że na wynos.
- Tak, oczywiście.
- 5,27 proszę. - brunet podał cenę, a ja zapłaciłam za mnie i za Hope. Usiadłyśmy przy stoliku czekając na napoje.
- Na którą jest zakończenie roku? - zapytałam po chwili ciszy.
- Na 9:30, a co?
- Nie nic, teraz jest 8:00, więc mamy sporo czasu. O której mamy jechać po Dawida?
- Mówił, że obojętnie o której przyjedziemy, będzie gotowy.
- To dobrze, odbieramy kawę, jedziemy po tego jełopa, a potem w szkole czekamy na resztę. A tak w ogóle to mamy jakieś plany na pierwszy dzień wakacji?
- Nie, raczej nie. Przynajmniej ja o tym nic nie wiem. - zaśmiała się Hope. Jeszcze chwilę potem jarałyśmy się wakacjami i wolnym od szkoły.
- Macchiato dla Hope i Latte dla Chachi! - podeszłyśmy do sprzedawcy i odebrałyśmy nasze kawy. Wychodząc, spojrzałam na zegarek, który wskazywał wtedy 8:09. Wsiadłyśmy do samochodu i ruszyłyśmy w kierunku domu Dawida. Gdy pojechałyśmy pod jego dom, wyszedł na chwilę i powiedział, że będzie gotowy za 15 minut po czym wrócił do domu. Był straszny skwar, więc czekałyśmy opierając się plecami o samochód. Chodnikiem przechodziły dwie dziewczyny. Wtedy jedna z nich zatrzymała się i spojrzała na nas.
- Hej, czy wy przypadkiem nie jesteście Olivia i Hope? Z IaMmE crew? - zapytała zatrzymując towarzyszącą jej dziewczynę.
- Tak, to my. - odpowiedziałam zdziwiona. Ja i wszyscy moi najbliżsi przyjaciele, Hope, Fizzie, Dawid, Josh, Victoria i Selena należymy do IaMmE crew. Jesteśmy grupą taneczną z niezłymi osiągnięciami. Oprócz naszej paczki jest z nami tylko nasz opiekun, Brandon. A wracając do tamtej sytuacji.
- O matko! Jestem waszą fanką, oglądałam wszystkie wasze choreografie. Mogę sobie zrobić z wami zdjęcie? - po tych słowach uśmiechnęłam się. A właśnie, zapomniałam wam wspomnieć. Co jakiś czas, Brandon, nagrywa nasze choreografie i wrzuca na YouTube, na nasz kanał. Przez to zrobiliśmy się trochę popularni. Właśnie dlatego postanowiliśmy stworzyć tak zwany DanceWeek w naszej grupie. Przez jeden tydzień, w wakacje, drzwi naszej sali są otwarte dla wszystkich. Każdy kto przychodzi bierze udział w zajęciach, tańczy z nami, uczy się choreografii i świetnie się bawi! Może gadam jak w reklamie, ale taka jest prawda, to świetna zabawa. Kolejny raz wracając do tamtej sytuacji, uśmiechnęłam się i razem z Hope strzeliłyśmy sobie selfie z naszą fanką.
- Czekacie na kogoś? - zapytała dziewczyna.
- Tak, na przyjaciela. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- Pozdrówcie go ode mnie, niestety musimy lecieć do szkoły, kocham was dziewczyny i do zobaczenia na DanceWeek. Nie mogę się doczekać! - pożegnała się z nami podekscytowana i odeszła razem z koleżanką, może przyjaciółką. Dalej czekałyśmy na Dawida i strasznie nam się nudziło. Dopiłam swoją kawę, i poszłam wyrzucić kubek. Gdy wróciłam, Dawid zamykał za sobą drzwi domu. Spokojnym krokiem podszedł do samochodu.
- Dłużej się nie dało?! - zapytałam. Zanim w ogóle otworzył usta, przerwałam mu krótkim ''Nieważne, wsiadaj'' po czym usiadłam na przednim siedzeniu w samochodzie przyjaciółki. Hope zajęła miejsce obok mnie i ruszyła w kierunku szkoły. Dojechaliśmy o 8:40. Przyjaciółka zaparkowała na ''swoim'' miejscu, którego nikt nawet nie ośmieliłby się zająć, w końcu jesteśmy jedną z trzech największych elit w tej szkole. Dla wyjaśnienia, w naszej budzie są trzy najważniejsze grupy, tak zwane elity. Jedną jesteśmy my, drugą mój braciszek z Gangiem Zayna, a trzecia to sportowcy z  niektórymi cheerleaderkami. Wysiedliśmy z samochodu. Przed szkołą, na ''naszym'' murku siedzieli Josh, Fizzie, Selena i Victoria. Spokojnym krokiem podeszliśmy do przyjaciół.
- Cześć wszystkim. - zawołałam radośnie. Odpowiedzieli mi mniej entuzjastycznie, ale nawet ich ponure miny nie zepsują mi nastroju. Dziś pierwszy dzień wakacji!
- Co robimy po zakończeniu? - zapytałam wgryzając się w jabłko, które chwile wcześniej zabrałam Josh'owi. Chyba powinnam przestać podkradać ludziom jedzenie. Spojrzałam na Fiz.
- Ja wyjeżdżam z rodzicami. W tym roku lecimy na Majorkę na tydzień. Rodzice odbierają mnie ze szkoły już z walizkami i jedziemy. - odezwała się przyjaciółka.
- Ja muszę pilnować brata. - powiedziała smutno Victoria.
- Ja niestety jadę do babci. - odezwała się Sel.
- A reszta, macie wolne? - zapytałam biorąc kolejny gryz owocu.
- Tak. - odpowiedzieli zgodnie.
- Czyli o 14.30 spotykamy się u mnie ok? - zaproponowałam.
- Jasne. - odpowiedział Josh. - Zgaduję, że mamy zabrać stroje kąpielowe? - uniósł jedną brew do góry patrząc w moją stronę.
- Tak, normalnie czytasz mi w myślach. - zaśmiałam się.
- Ej, czy ty jesz moje jabłko? - zapytał Josh po chwili ciszy.
- Nie, wcale nie. - powiedziałam z uśmiechem kolejny raz gryząc owoc. Przyjaciel zajrzał do swojej torby i spojrzał na mnie.
- To jest moje jabłko.
- Wcale nie. - zaśmiałam się.
- Ty jesz moje jabłko! Pożałujesz! - krzyknął Josh i rzucił się na mnie. Zaczął mnie łaskotać, a reszta ekipy śmiała się ze mnie.
- Josh błagam! - śmiałam się nie mogą złapać tchu.
- Przeproś ładnie. - zażądał.
- Przepraszam, przepraszam! - krzyczałam nadal się śmiejąc.
- Teraz powiedz, że jestem niesamowicie seksowny!
- Tego nigdy nie powiem!
- Powiedz! - zagroził przyjaciel, jeszcze bardziej mnie torturując.
- No dobra dobra, jesteś seksowny. Pasuje? - wydusiłam z siebie te straszne słowa, a Josh wreszcie przestał.
- Pewnego dnia cię zniszczę. - zagroziłam mu palcem i dokończyłam jedzenie jabłka. Chwilę potem siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Wtedy Hope uświadomiła mi, że musi jechać na zakupy po szkole, a ja mam być od razu w domu. Czyli mój braciszek musi mnie podwieść. Odszukałam go wzrokiem. Stał obok czarnego Range Rovera. Wolałabym, żeby był sam, ale niestety stał z resztą swoich przyjaciół. Gang Zayna. Najbardziej niebezpieczni ludzie w mieście. Hazz rozmawiał z Liam'em, Louis, o ile się nie mylę, ze śmiechem szarpał się z Nathanem? Nie! Z Niall'em, a sam pan Zayn, oparty o maskę samochodu przyglądał się całej sytuacji z leniwym uśmiechem. Gdybym potrzebowała definicji ''seryjny morderca" to miałabym odpowiedź przed oczami. A nawet 5 odpowiedzi. Cali w tatuażach i kolczykach. Nie wyglądali przyjaźnie, jednak niezbyt mnie przerażała perspektywa spotkania z nimi. Zwykli ludzie. Podeszłam Harry'ego. Pięć par oczu przeniosło się od razu na mnie, przerywając poprzednie czynności. Nie zwracałam na nich uwagi, zwróciłam się do brata.
- Cześć Harreh. Słuchaj jest sprawa.
- Co jest?
- Musisz mnie dzisiaj podwieść do domu. - walnęłam prosto z mostu.
- Dzisiaj? Akurat dzisiaj? - zapytał zrezygnowany i lekko podenerwowany.
- Nie mam innego wyjścia. - powiedziałam przeczesując palcami swoją grzywkę. - To jak?
- No dobra, ale po zakończeniu poczekaj na mnie przed szkołą. - podkreślił dwa ostatnie słowa. - muszę coś załatwić, więc siedź na murku przed szkołą i nigdzie się nie ruszaj, przyjdę po ciebie i pojedziemy do domu ok?
- Ok, dzięki wielkie! - zawołałam radośnie i poszłam w kierunku Hope. Całą siódemką weszliśmy do szkoły. Jak zwykle szłam przodem. Nie mam pojęcia czemu, ale zawsze gdy wchodzimy do budynku, cały korytarz milknie, a ludzie schodzą nam z drogi. A no tak, przecież jestem Styles. To wiele wyjaśnia. Przeszliśmy przez korytarz i dotarliśmy pod salę, w której miała odbyć się cała uroczystość. O 9:25 drzwi sali teatralnej otworzyły się, a gdy każdy zajął wyznaczone dla siebie miejsce uroczystość zaczęła się. Dyrektor zaczął swój monolog, rozdał świadectwa, a po jakiejś godzinie wreszcie skończył ględzić. Jest strasznie irytującym człowiekiem. Już wolę naszą v-ce dyrektorkę. Jest milsza. Uroczystość się zakończyła, dyrektor oficjalnie ogłosił wakacje, a ja jedynie chciałam wybiec z tej budy. Wszyscy zaczęli opuszczać salę, a ja przepychając się wyszłam wreszcie na świeże powietrze. Pożegnałam się z przyjaciółmi, a potem usiadłam na ceglanym murku, tam gdzie miałam czekać na Harry'ego. W szkole nikogo już nie było, więc nie miałam z kim gadać. Siedziałam, a czas strasznie mi się dłużył. Chwilę potem podszedł do mnie chłopak o orzechowo-karmelowych włosach i oczach w kolorze oceanu. Jego twarz cała była w kolczykach, a większość jego ciała w tatuażach, ale wyglądał tak miło i słodko. Nie wyglądał jakby był niebezpieczny. Skądś go kojarzyłam i dopiero po chwili skapnęłam się, że to Louis Tomlinson. Jeden z gangu Zayn'a. Usiadł obok mnie i przeniósł na mnie swoje piękne błękitne oczy. Na jego ustach pojawił się uśmiech.
- Chyba to trochę dziwne tak zaczepiać ludzi, ale masz może papierosa? Jeden jest mi potrzebny w trybie now. - zaśmiał się cicho.
- Jasne. - posłałam mu ciepły uśmiech i sięgnęłam do torby po paczkę Marlboro. Wyjęłam zapalniczkę, a chwilę potem chłopak zaciągał się słodkim smakiem tytoniu. Zrobiłam to samo i jakieś kilka minut siedzieliśmy w ciszy. Gdzie do cholery jasnej jest Harry?!
- Tak w ogóle to jestem Louis. - Tomlinson podał mi rękę, którą od razu uścisnęłam. Moja dłoń w porównaniu z jego, była malutka. Czułam się dość bezbronna.
- Olivia. - odpowiedziałam, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. - Nie wiesz przypadkiem gdzie jest Harry? Miał mnie zabrać do domu, ale chyba o mnie zapomniał.
- Niestety nie mam pojęcia.- oh Louis, nie masz talentu aktorskiego. - O właśnie tu idzie.
- Wreszcie. - odwróciłam się i zobaczyłam mojego brata. Był wkurwiony i to mało powiedziane. Pięści miał zaciśnięte, a szczęka uwydatniła się. Z jego oczy wyparowała zieleń, ustąpiła czerni.  Spojrzałam na niego. Chyba zauważył moją zmartwioną twarz, bo rozluźnił dłonie i wziął głęboki oddech. Gdy podszedł bliżej znowu się zdenerwował. Daję głowę, że powodem był nasz drogi pan Tomlinson.
- Idź do samochodu i czekaj tam na mnie. - rozkazał wręczając mi kluczyki do czarnego Range Rovera. Jego ton był stanowczy, lekko się wystraszyłam. Nie byłam przyzwyczajona do takich zmiennych nastroi Hazzy. Wsiadłam do pojazdu, a przez przednią szybę zauważyłam, że Harry i Louis się kłócą. Ich kłótnia trwała wieczność. Miałam już wysiadać i iść na piechotę, bo byłoby szybciej, ale brat skończył rozmowę, wsiadł i z piskiem opon wyjechał z parkingu naszej szkoły.
- Harry do cholery! Jeździsz jakbyś miał żółte papiery! - krzyknęłam próbując nie uderzyć w nic głową.
- Nie rozmawiaj z nim więcej, jasne?! - odezwał się po chwili ciszy utrzymując swój wzrok na drodze. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma podbite oko.
- Kto ci to zrobił? - zapytałam wkurzona ignorując jego poprzedni rozkaz.
- Nie ważne, nie twoja sprawa. - spławił mnie brat.
- Właśnie, że moja. Mama nie będzie zadowolona z tego, że znowu się z kimś pobiłeś wiesz? Powinieneś trochę odpuścić. Pewnego dnia ona tego nie wytrzyma.
- Koniec tematu Liv! Nic się nie stało, nie twoja sprawa, zajmij się swoim życiem. - krzyknął Hazz.
- A weź spierdalaj! - krzyknęłam w odpowiedzi. Przestałam się do niego odzywać. Zaczyna mnie wkurwiać. Wiem, ze coś się dzieje, a on nie chce mi powiedzieć co. Odwróciłam wzrok wlepiając go w las rozciągający się przy drodze, którą jechaliśmy. Chyba zaczyna się to czego najbardziej na świecie się boję. Boję się, że Harry, przez swoje towarzystwo się zmieni, a wtedy go stracę. Nie chcę, nie mogę go stracić.