Muzyka: klik
Obudził mnie dźwięk mojego budzika. Dźwięk, który sprawiał, że zbierało mi się na wymioty. Nienawidzę poniedziałków. Przetarłam oczy i przeciągnęłam swoje zdrętwiałe ciało. Wyłączyłam budzik i podniosłam się do pozycji siedzącej. 5:30 rano. Czerwiec. Za oknem śpiewają ptaki, słońce świeci, a ja muszę iść do szkoły. Po prostu cudownie. W sumie zdziwiłam się, bo w Londynie rzadko jest tak ładna pogoda. Wstałam i ziewając spojrzałam na kalendarz, który wisiał obok mojego łóżka. Dziś 28 czerwca.
- O matko. - szepnęłam sama do siebie. Kompletnie zapomniałam, że dziś zakończenie roku. Ostatni dzień 1 klasy! Tak przy okazji, chodzę do Wolfprank High School. Tak samo jak Harry i kiedyś Nash. Dziś właśnie kończę 1 rok nauki w tej dziwnej szkole. Hazz kończy 2 klasę. W naszej szkole są 4 klasy, w sensie, że 4 poziomy nauki. No do Wolfprank chodzi się 4 lata! O to mi chodziło. Chyba rozumiecie. Opamiętałam się i podskakując radośnie wciągnęłam na siebie stare dresy, białą koszulkę, znoszone trampki i zbiegłam na dół. W domu było strasznie cicho. No tak, przecież wstaję pierwsza. Ze względu na to, że dbam o swoją kondycję, codziennie rano biegam razem z moim kochanym psiakiem. Chwyciłam butelkę wody i podeszłam do drzwi.
- Szatan! - zawołałam zwierzaka i gwizdnęłam cicho. Czarny owczarek podbiegł do mnie i merdając ogonem chwycił w pysk smycz, żebym go zapięła. Tak też zrobiłam i obwiązując smycz wokół talii wybiegłam z domu. Mój czarny przyjaciel wiernie dotrzymywał mi kroku. Jak zawsze przebiegłam się po okolicy i zawitałam w pobliskim lesie. Rutyna. Punktualnie o 6:15 byłam z powrotem w domu. Zdjęłam buty i pobiegłam do mojego pokoju. Chwyciłam czystą bieliznę i zrzuciwszy swoje ciuchy w łazience, wskoczyłam pod prysznic. Wykonałam również inne czynności porannej toalety. Na samym końcu ubrałam bieliznę i wyszłam z łazienki, żeby poszukać jakiś ubrań na dziś. Ech, zakończenie roku, trzeba się ubrać na galowo. Kurwa. W naszej szkole, w przypadku dziewczyn oczywiście galowe = spódniczka bądź sukienka. O spodniach można pomarzyć. Szlag. Ubrałam się w czarno-białą sukienkę, a w mojej torbie znalazły się najpotrzebniejsze rzeczy, między innymi pieniądze, klucze, paczka oreo o smaku arbuzowym, moja pomadka o smaku Coca-Coli, paczka Marlboro i butelka wody. Telefon włożyłam do kieszeni w mojej sukience. Na nogi założyłam Vans'y i byłam gotowa. Moje długie blond włosy zostawiłam w naturalnym nieładzie, a rzęsy przeczesałam maskarą. Spojrzałam na zegarek, była 7:03. O 7:45 przyjeżdża po mnie moja najlepsza przyjaciółka Hope, muszę się sprężyć. Schodząc na dół usłyszałam śmiechy dochodzące z kuchni. Czyli reszta domu wstała. W kuchni zastałam całą rodzinę. Mama kończyła przygotowywać kanapki, tata czytał gazetę, moje młodsze rodzeństwo, Tom, Gemma i Jacob wygłupiali się, a moi starsi bracia Nash i Harry rozmawiali. Weszłam do pomieszczenia i położyłam torbę w kącie.
- Dzień dobry wszystkim. - oznajmiłam chwytając kanapkę z talerza mojego kochanego braciszka Nash'a.
- Taa... byłby dobry gdyby ktoś nie ukradł mi kanapki! - krzyknął brat.
- Nie krzycz Nash, a poza tym ładnie ci w sukience kochanie. - odezwała się moja mama. Zaczęłam się śmiać i zajęłam moje miejsce przy stole obok Harry'ego i Gemmy. Wszyscy spokojnie jedli śniadanie, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Nash zerwał się na równe nogi i wykrzykując jakieś pospieszne '' Ja spadam'', wybiegł z domu. Nie przejęłam się tym zbytnio. Dalej delektowałam się posiłkiem. Gdy wszyscy skończyli jeść wybiła 7:30. Zebrałam talerze ze stołu i włożyłam je do zmywarki. Czekając na Hope, pobiłam swój rekord w Flappy bird. Yeah. Gdy na zegarku pojawiła się długo wyczekiwana godzina, chwyciłam torbę i żegnając się z rodziną wyszłam przed dom. Hazz lubił nazywać nasz dom ''luksusowym pałacem'' albo ''rezydencją''. W sumie te określenia są bardzo trafne. Co tu kryć, jesteśmy bogaci, a nasz dom i majątek odziedziczyliśmy w spadku po cioci Mary. Wcześniej mieszkaliśmy w małym mieszkanku na poddaszu. Spora zmiana. Dzięki niej nasze życie stało się lepsze. Rodzice co prawda nie muszą pracować, jednak oni po prostu lubią coś robić. Nie mogliby siedzieć i nic. Na naszym okrągłym podjeździe, przed naszym domem stało auto Hope.
- Jak zawsze punktualna. - zawołałam do przyjaciółki czekającej w samochodzie.
- Ty też. - zaśmiała się Hope. - Świetnie wyglądasz w tej SUKIENCE.
- Oj weź siedź cicho. - warknęłam i usiadłam na przednim siedzeniu.
- Jak zwykle milutka. Hah. A właśnie po drodze podjedziemy jeszcze po Dawida ok? Prosił mnie o podwózkę.
- Nie no spoko, nie wiem po co się pytasz. - zaśmiałam się, a Hope ruszyła. Po drodze zatrzymałyśmy się pod Starbucks'em. Podeszłyśmy do kasy.
- Co podać pięknym paniom? - odezwał się przystojny brunet zza lady.
- Dla mnie duża Mrożona Caffe Latte z łyżeczką brązowego cukru, a dla ciebie Hope? - odezwałam się pierwsza zerkając na przyjaciółkę, która aż prawie śliniła się na widok chłopaka za ladą. - Hope. - szturchnęłam ją łokciem. - Hope! Przestań się ślinić, tylko mów co chcesz!
- Emm, dużą Mrożoną Caramel Macchiato poproszę. - wreszcie się ocknęła, a jej poliki oblały rumieńce. Mike, tak wyczytałam z plakietki, zaśmiał się cicho.
- Więc tak, Mrożona Caramel Macchiato dla Hope i Mrożona Caffe Latte z brązowym cukrem dla...
- Chachi. - odezwałam się pośpiesznie kończąc zdanie. Przyzwyczaiłam się do mojego przezwiska, używałam go jak imienia.
- Rozumiem, że na wynos.
- Tak, oczywiście.
- 5,27 proszę. - brunet podał cenę, a ja zapłaciłam za mnie i za Hope. Usiadłyśmy przy stoliku czekając na napoje.
- Na którą jest zakończenie roku? - zapytałam po chwili ciszy.
- Na 9:30, a co?
- Nie nic, teraz jest 8:00, więc mamy sporo czasu. O której mamy jechać po Dawida?
- Mówił, że obojętnie o której przyjedziemy, będzie gotowy.
- To dobrze, odbieramy kawę, jedziemy po tego jełopa, a potem w szkole czekamy na resztę. A tak w ogóle to mamy jakieś plany na pierwszy dzień wakacji?
- Nie, raczej nie. Przynajmniej ja o tym nic nie wiem. - zaśmiała się Hope. Jeszcze chwilę potem jarałyśmy się wakacjami i wolnym od szkoły.
- Macchiato dla Hope i Latte dla Chachi! - podeszłyśmy do sprzedawcy i odebrałyśmy nasze kawy. Wychodząc, spojrzałam na zegarek, który wskazywał wtedy 8:09. Wsiadłyśmy do samochodu i ruszyłyśmy w kierunku domu Dawida. Gdy pojechałyśmy pod jego dom, wyszedł na chwilę i powiedział, że będzie gotowy za 15 minut po czym wrócił do domu. Był straszny skwar, więc czekałyśmy opierając się plecami o samochód. Chodnikiem przechodziły dwie dziewczyny. Wtedy jedna z nich zatrzymała się i spojrzała na nas.
- Hej, czy wy przypadkiem nie jesteście Olivia i Hope? Z IaMmE crew? - zapytała zatrzymując towarzyszącą jej dziewczynę.
- Tak, to my. - odpowiedziałam zdziwiona. Ja i wszyscy moi najbliżsi przyjaciele, Hope, Fizzie, Dawid, Josh, Victoria i Selena należymy do IaMmE crew. Jesteśmy grupą taneczną z niezłymi osiągnięciami. Oprócz naszej paczki jest z nami tylko nasz opiekun, Brandon. A wracając do tamtej sytuacji.
- O matko! Jestem waszą fanką, oglądałam wszystkie wasze choreografie. Mogę sobie zrobić z wami zdjęcie? - po tych słowach uśmiechnęłam się. A właśnie, zapomniałam wam wspomnieć. Co jakiś czas, Brandon, nagrywa nasze choreografie i wrzuca na YouTube, na nasz kanał. Przez to zrobiliśmy się trochę popularni. Właśnie dlatego postanowiliśmy stworzyć tak zwany DanceWeek w naszej grupie. Przez jeden tydzień, w wakacje, drzwi naszej sali są otwarte dla wszystkich. Każdy kto przychodzi bierze udział w zajęciach, tańczy z nami, uczy się choreografii i świetnie się bawi! Może gadam jak w reklamie, ale taka jest prawda, to świetna zabawa. Kolejny raz wracając do tamtej sytuacji, uśmiechnęłam się i razem z Hope strzeliłyśmy sobie selfie z naszą fanką.
- Czekacie na kogoś? - zapytała dziewczyna.
- Tak, na przyjaciela. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- Pozdrówcie go ode mnie, niestety musimy lecieć do szkoły, kocham was dziewczyny i do zobaczenia na DanceWeek. Nie mogę się doczekać! - pożegnała się z nami podekscytowana i odeszła razem z koleżanką, może przyjaciółką. Dalej czekałyśmy na Dawida i strasznie nam się nudziło. Dopiłam swoją kawę, i poszłam wyrzucić kubek. Gdy wróciłam, Dawid zamykał za sobą drzwi domu. Spokojnym krokiem podszedł do samochodu.
- Dłużej się nie dało?! - zapytałam. Zanim w ogóle otworzył usta, przerwałam mu krótkim ''Nieważne, wsiadaj'' po czym usiadłam na przednim siedzeniu w samochodzie przyjaciółki. Hope zajęła miejsce obok mnie i ruszyła w kierunku szkoły. Dojechaliśmy o 8:40. Przyjaciółka zaparkowała na ''swoim'' miejscu, którego nikt nawet nie ośmieliłby się zająć, w końcu jesteśmy jedną z trzech największych elit w tej szkole. Dla wyjaśnienia, w naszej budzie są trzy najważniejsze grupy, tak zwane elity. Jedną jesteśmy my, drugą mój braciszek z Gangiem Zayna, a trzecia to sportowcy z niektórymi cheerleaderkami. Wysiedliśmy z samochodu. Przed szkołą, na ''naszym'' murku siedzieli Josh, Fizzie, Selena i Victoria. Spokojnym krokiem podeszliśmy do przyjaciół.
- Cześć wszystkim. - zawołałam radośnie. Odpowiedzieli mi mniej entuzjastycznie, ale nawet ich ponure miny nie zepsują mi nastroju. Dziś pierwszy dzień wakacji!
- Co robimy po zakończeniu? - zapytałam wgryzając się w jabłko, które chwile wcześniej zabrałam Josh'owi. Chyba powinnam przestać podkradać ludziom jedzenie. Spojrzałam na Fiz.
- Ja wyjeżdżam z rodzicami. W tym roku lecimy na Majorkę na tydzień. Rodzice odbierają mnie ze szkoły już z walizkami i jedziemy. - odezwała się przyjaciółka.
- Ja muszę pilnować brata. - powiedziała smutno Victoria.
- Ja niestety jadę do babci. - odezwała się Sel.
- A reszta, macie wolne? - zapytałam biorąc kolejny gryz owocu.
- Tak. - odpowiedzieli zgodnie.
- Czyli o 14.30 spotykamy się u mnie ok? - zaproponowałam.
- Jasne. - odpowiedział Josh. - Zgaduję, że mamy zabrać stroje kąpielowe? - uniósł jedną brew do góry patrząc w moją stronę.
- Tak, normalnie czytasz mi w myślach. - zaśmiałam się.
- Ej, czy ty jesz moje jabłko? - zapytał Josh po chwili ciszy.
- Nie, wcale nie. - powiedziałam z uśmiechem kolejny raz gryząc owoc. Przyjaciel zajrzał do swojej torby i spojrzał na mnie.
- To jest moje jabłko.
- Wcale nie. - zaśmiałam się.
- Ty jesz moje jabłko! Pożałujesz! - krzyknął Josh i rzucił się na mnie. Zaczął mnie łaskotać, a reszta ekipy śmiała się ze mnie.
- Josh błagam! - śmiałam się nie mogą złapać tchu.
- Przeproś ładnie. - zażądał.
- Przepraszam, przepraszam! - krzyczałam nadal się śmiejąc.
- Teraz powiedz, że jestem niesamowicie seksowny!
- Tego nigdy nie powiem!
- Powiedz! - zagroził przyjaciel, jeszcze bardziej mnie torturując.
- No dobra dobra, jesteś seksowny. Pasuje? - wydusiłam z siebie te straszne słowa, a Josh wreszcie przestał.
- Pewnego dnia cię zniszczę. - zagroziłam mu palcem i dokończyłam jedzenie jabłka. Chwilę potem siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Wtedy Hope uświadomiła mi, że musi jechać na zakupy po szkole, a ja mam być od razu w domu. Czyli mój braciszek musi mnie podwieść. Odszukałam go wzrokiem. Stał obok czarnego Range Rovera. Wolałabym, żeby był sam, ale niestety stał z resztą swoich przyjaciół. Gang Zayna. Najbardziej niebezpieczni ludzie w mieście. Hazz rozmawiał z Liam'em, Louis, o ile się nie mylę, ze śmiechem szarpał się z Nathanem? Nie! Z Niall'em, a sam pan Zayn, oparty o maskę samochodu przyglądał się całej sytuacji z leniwym uśmiechem. Gdybym potrzebowała definicji ''seryjny morderca" to miałabym odpowiedź przed oczami. A nawet 5 odpowiedzi. Cali w tatuażach i kolczykach. Nie wyglądali przyjaźnie, jednak niezbyt mnie przerażała perspektywa spotkania z nimi. Zwykli ludzie. Podeszłam Harry'ego. Pięć par oczu przeniosło się od razu na mnie, przerywając poprzednie czynności. Nie zwracałam na nich uwagi, zwróciłam się do brata.
- Cześć Harreh. Słuchaj jest sprawa.
- Co jest?
- Musisz mnie dzisiaj podwieść do domu. - walnęłam prosto z mostu.
- Dzisiaj? Akurat dzisiaj? - zapytał zrezygnowany i lekko podenerwowany.
- Nie mam innego wyjścia. - powiedziałam przeczesując palcami swoją grzywkę. - To jak?
- No dobra, ale po zakończeniu poczekaj na mnie przed szkołą. - podkreślił dwa ostatnie słowa. - muszę coś załatwić, więc siedź na murku przed szkołą i nigdzie się nie ruszaj, przyjdę po ciebie i pojedziemy do domu ok?
- Ok, dzięki wielkie! - zawołałam radośnie i poszłam w kierunku Hope. Całą siódemką weszliśmy do szkoły. Jak zwykle szłam przodem. Nie mam pojęcia czemu, ale zawsze gdy wchodzimy do budynku, cały korytarz milknie, a ludzie schodzą nam z drogi. A no tak, przecież jestem Styles. To wiele wyjaśnia. Przeszliśmy przez korytarz i dotarliśmy pod salę, w której miała odbyć się cała uroczystość. O 9:25 drzwi sali teatralnej otworzyły się, a gdy każdy zajął wyznaczone dla siebie miejsce uroczystość zaczęła się. Dyrektor zaczął swój monolog, rozdał świadectwa, a po jakiejś godzinie wreszcie skończył ględzić. Jest strasznie irytującym człowiekiem. Już wolę naszą v-ce dyrektorkę. Jest milsza. Uroczystość się zakończyła, dyrektor oficjalnie ogłosił wakacje, a ja jedynie chciałam wybiec z tej budy. Wszyscy zaczęli opuszczać salę, a ja przepychając się wyszłam wreszcie na świeże powietrze. Pożegnałam się z przyjaciółmi, a potem usiadłam na ceglanym murku, tam gdzie miałam czekać na Harry'ego. W szkole nikogo już nie było, więc nie miałam z kim gadać. Siedziałam, a czas strasznie mi się dłużył. Chwilę potem podszedł do mnie chłopak o orzechowo-karmelowych włosach i oczach w kolorze oceanu. Jego twarz cała była w kolczykach, a większość jego ciała w tatuażach, ale wyglądał tak miło i słodko. Nie wyglądał jakby był niebezpieczny. Skądś go kojarzyłam i dopiero po chwili skapnęłam się, że to Louis Tomlinson. Jeden z gangu Zayn'a. Usiadł obok mnie i przeniósł na mnie swoje piękne błękitne oczy. Na jego ustach pojawił się uśmiech.
- Chyba to trochę dziwne tak zaczepiać ludzi, ale masz może papierosa? Jeden jest mi potrzebny w trybie now. - zaśmiał się cicho.
- Jasne. - posłałam mu ciepły uśmiech i sięgnęłam do torby po paczkę Marlboro. Wyjęłam zapalniczkę, a chwilę potem chłopak zaciągał się słodkim smakiem tytoniu. Zrobiłam to samo i jakieś kilka minut siedzieliśmy w ciszy. Gdzie do cholery jasnej jest Harry?!
- Tak w ogóle to jestem Louis. - Tomlinson podał mi rękę, którą od razu uścisnęłam. Moja dłoń w porównaniu z jego, była malutka. Czułam się dość bezbronna.
- Olivia. - odpowiedziałam, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. - Nie wiesz przypadkiem gdzie jest Harry? Miał mnie zabrać do domu, ale chyba o mnie zapomniał.
- Niestety nie mam pojęcia.- oh Louis, nie masz talentu aktorskiego. - O właśnie tu idzie.
- Wreszcie. - odwróciłam się i zobaczyłam mojego brata. Był wkurwiony i to mało powiedziane. Pięści miał zaciśnięte, a szczęka uwydatniła się. Z jego oczy wyparowała zieleń, ustąpiła czerni. Spojrzałam na niego. Chyba zauważył moją zmartwioną twarz, bo rozluźnił dłonie i wziął głęboki oddech. Gdy podszedł bliżej znowu się zdenerwował. Daję głowę, że powodem był nasz drogi pan Tomlinson.
- Idź do samochodu i czekaj tam na mnie. - rozkazał wręczając mi kluczyki do czarnego Range Rovera. Jego ton był stanowczy, lekko się wystraszyłam. Nie byłam przyzwyczajona do takich zmiennych nastroi Hazzy. Wsiadłam do pojazdu, a przez przednią szybę zauważyłam, że Harry i Louis się kłócą. Ich kłótnia trwała wieczność. Miałam już wysiadać i iść na piechotę, bo byłoby szybciej, ale brat skończył rozmowę, wsiadł i z piskiem opon wyjechał z parkingu naszej szkoły.
- Harry do cholery! Jeździsz jakbyś miał żółte papiery! - krzyknęłam próbując nie uderzyć w nic głową.
- Nie rozmawiaj z nim więcej, jasne?! - odezwał się po chwili ciszy utrzymując swój wzrok na drodze. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma podbite oko.
- Kto ci to zrobił? - zapytałam wkurzona ignorując jego poprzedni rozkaz.
- Nie ważne, nie twoja sprawa. - spławił mnie brat.
- Właśnie, że moja. Mama nie będzie zadowolona z tego, że znowu się z kimś pobiłeś wiesz? Powinieneś trochę odpuścić. Pewnego dnia ona tego nie wytrzyma.
- Koniec tematu Liv! Nic się nie stało, nie twoja sprawa, zajmij się swoim życiem. - krzyknął Hazz.
- A weź spierdalaj! - krzyknęłam w odpowiedzi. Przestałam się do niego odzywać. Zaczyna mnie wkurwiać. Wiem, ze coś się dzieje, a on nie chce mi powiedzieć co. Odwróciłam wzrok wlepiając go w las rozciągający się przy drodze, którą jechaliśmy. Chyba zaczyna się to czego najbardziej na świecie się boję. Boję się, że Harry, przez swoje towarzystwo się zmieni, a wtedy go stracę. Nie chcę, nie mogę go stracić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz